Burzliwa pogoda zawitała nad tereny Pałacu Niewolników. Trudno jest się przedrzeć przez ścianę deszczu, nawet dźwięki są ledwie słyszalne od perkusji nadanej przez olbrzymie, szybko opadające, krople. Nie oznaczało to jednak przychylności ze strony strażników. Wszyscy niewolnicy zostali zmuszeni do fizycznej pracy na zewnątrz, budując niewielki magazyn na tyłach terenu treningowego. W licznej grupie jest jeden, który pracuje bez wytchnienia, jakby chciał się zbliżyć do łask swojego Pana. Pochodził z dawno straconego klanu Slaughów na dalekiej północy, pojmany jako dziecko i zaciągnięty siłą do służby Królestwu. Khaan, bo tak ma na imię, wolał się zbytnio nie wychylać, zwłaszcza że i tak jest na "czarnej liście". Mimo tego jest także jednym z najlepszych pupilków Archduke'a. Dobrze wyszkolony, silny, wytrwały i zlepiony z najlepszych cech, które można przypisać wojownikowi. Nie wiedząc nawet kiedy stał się "oczkiem w głowie" Nesternatha, robi wszystko pod jego dyktando. Jak już było wspomniane, nie chce się niepotrzebnie wychylać -woli robić to, co jest mu nakazane, niż później cierpieć.
Mężczyzna przełożył przez ramię kolejną belkę i zawracając na pięcie, spojrzał w oczy jednemu z niewolników. Johannes, młody Alebrijes, jest jego najlepszym kumplem. Zawsze są blisko siebie, rozmawiają i oceniają swoje możliwości przeżycia w tym piekle. Uśmiechnął się delikatnie do Khaan'a, lecz ten nie odwzajemnij miłego gestu. Nie dlatego, że nie chciał, ale bardziej dlatego, że nie widział w tym większego sensu. Westchnął ociężale i skierował się do szkieletu magazynu. W międzyczasie zerkał na pobratymca, który zaczął być katowany przez strażników. Prawdopodobnie złe spojrzenie na jednego z nich, lub – co gorsza – bunt. Zacisnął szczęki i podszedł do odpowiedniego miejsca. Tam usadowił kawałek drewna i nadal je podtrzymując, czekał na kogoś, kto mógłby je umocować. Wtedy usłyszał za sobą lekko zachrypnięty głos.
- Daemon, Archduke cię wzywa na dywan -odezwał się strażnik.
Było to jego przezwisko, jedno z dwóch, które jest tutaj powielane, kiedy mówi się o Khaanie.
Otarł czoło szybkim ruchem ręki i spoglądając bezuczuciowo na strażnika, westchnął powoli. Splótł palce od dłoni i szybkim ruchem spowodował strzelenie stawów. Po tym podszedł do strażnika, który nieco się skulił. Każdy tutaj obawiał się, co niewolnik może zrobić. Nikt nie był całkowicie potulny, bez skaz, dlatego nawet jak strażnicy są uzbrojeni po pas, to nadal nie mogą się spodziewać, co takiego druga strona wymyśli.
Khaan stanął przed mężczyzną i mruknął cicho. Na ten znak otoczyło go jeszcze dwóch i za pomocą szabli, rozkazali mu iść przed siebie. Bohater nie chciał robić nikomu, a tym bardziej sobie, pod górkę, dlatego bez zbędnego gadania czy miotania, zezwolił na założenie łańcuchów. Niedługo po tym ruszył przed siebie, mają przy sobie trzech rosłych mężczyzn.
Od obecnego miejsca, do willi Archduke'a dzieliło ich nie więcej niż dwa kilometry. Podróż była więc szybka, bez większych ekscesów. Na miejscu powitali ich gromadka strażników, która bacznie obserwowała ruchy niewolnika. Ten jednak nic sobie z tego nie robił -taka formalność, nie wiedzą, co i jak się może wydarzyć, dlatego mają broń w pogotowiu, na wszelki wypadek. Nie mogą bowiem doprowadzić do ataku na ich pracodawcę, jedynego "pana" tych włości.
Przechodząc przez wszystkie schody, trafiając na ogromny korytarz, zwany również pokojem wejściowym, Khaan rozejrzał się po okolicy. Dawno tu nie witał, a jeżeli już mu się to udaje, musiał być jakiś tego powód. Nie błahy, wręcz przeciwnie -coś, co na pewno będzie grało mu na nerwach. Prychnął do siebie i zawiesił wzrok na lewo od siebie, na obrazie przedstawiającym wiejską sielankę. Zawsze go ten obraz fascynował. Jak to jest żyć tak błogo, choć nadal pod czyjeś dyktando? Jak to jest być wolnym, bo ma się lekko poluzowany sznurek związany wokół własnej szyi? Te pytania zawsze przelatywały mu przez głowę, jako iż sam nie może doświadczyć czegoś takiego, przynajmniej nie teraz, nie w obecnej wizji świata. Przeleciał wzrokiem przez namalowaną chałupę, po ludzi, kończąc na polanie usłanej ze złotego żyta. Wtem, usłyszał kroki. Przełknął mimowolnie ślinę i na chwilę spuszczając głowę, podążył nią w kierunku ogromnych schodów prowadzących na wyższe piętro. Wiedział, że nie może się podnieść, przynajmniej nie do czasu, kiedy nie dostanie takiego rozkazu.
Mężczyzna schodził wraz ze swoim synem, dyskutując żywo o planowanym przyjęciu u jednego z Duke'ów. Impreza miała być duża, albowiem świadczyła o wejściu w dorosłość następcy. Khaan na te opowiastki zacisnął zęby. Chciałby, oj jak bardzo by chciał, aby nie być niczym zwierzę co jakiś czas wypuszczane z klatki na zewnątrz. Domyślał się już, o co może chodzić w dzisiejszym spotkaniu. Nie mógł jednak decydować -czy to o podniesienie głowy, wypowiedzenia się czy też samej zgody lub nie. Był bezprawnym podludziem, a przynajmniej tak jest nazywany.
- Witaj Daemonie, w końcu się widzimy. Czy zrozumiałeś w końcu swój błąd? -zapytał starszy, poprawiając marynarkę, schodząc z ostatniego stopnia.
Slaugh nie odpowiedział. Skulił się tylko bardziej, na znak tego, że akceptuje wszystko to, co jego Pan ma w zanadrzu mu zrobić.
- Kul się kul, jesteś niczym zwierzę; niby złowione, a wciąż nie w pełni okiełznane -jego głos był oschły, wręcz przebijający duszę -Jesteś jednym z lepszych trofeów które mamy, dlatego też trochę ci pozwolę na samowolkę. To, że poprzednim razem urwałeś się ze smyczy, wyrównuje się z tym, że uratowałeś mojego syna, Igora, przed innym niewolnikiem. Postanowiłem, że uraczę cię wyjściem stąd na pewien czas. Zostaniesz osobistym ochroniarzem Igora, który jedzie do Duke'a Razemir'a w ramach odbycia oficjalnego spotkania, przyjęcia organizowanego na cześć jego syna, Otto -zatrzymał się na chwilę, by zlustrować postać przed sobą -Mam nadzieję, że nie będzie mnie ta decyzja kosztować wiele...
- Do twoich usług, Panie -przyłożył rękę do piersi i ukłonił się przed Archduke'm. Odezwał się, bo wyczuł, że to odpowiedni moment na to.
- Dobrze... -wymruczał starszy -Igorze -zwrócił się do syna -Rób co do ciebie należy, a tego tu -zerknął ponownie na nadal kłaniającego się mężczyznę -Traktuj, jak ci przyjdzie. Tylko ani się waż go skatować -pogroził, bowiem był to jego ulubieniec -Dobrze wiesz, że jest nam potrzebny -złapał syna za ramię, przybliżając się głową do głowy. Te słowa wyszeptał tak, by sam zainteresowany nie mógł tego usłyszeć.
- Oczywiście ojcze -odezwał się w końcu młodszy -Ty tutaj -zwrócił się do niewolnika -Nie będzie nas kilka dni, może nawet kilkanaście. Mam nadzieję, że będziesz mieć na tyle oleju w głowie, że niczego nie skombinujesz ukradkiem -podszedł do wyższego od siebie mężczyzny.
Ten jednak skulił się mocniej, tak jakby chciał pokazać, że pomimo swojej wysokości, jest nadal mniejszy, mniej ważny.
- Twoje słowo jest dla mnie rozkazem -odrzekł spokojnie.
- Dobrze -uśmiechnął się -Tak ma być przez cały nasz wyjazd. Nie chcę stać się pośmiewiskiem, bo nie potrafię upilnować takiego podludzia, jakim jesteś
Mężczyzna stojący po przeciwnej stronie tej dyskusji, skinął delikatnie głową na znak, że jest w pełni oddany słowom i czynom swojego tymczasowego "opiekuna".
- Powstań -odezwał się na nowo starszy Nesternath -Zerknij mi, nam, w oczy i przyrzeknij, że niczego nie zrobisz, nawet za cenę swojego własnego, parszywego życia.
Na tę komendę Khaan podniósł głowę, prostując się nieco. Jego wzrok skakał z jednego panicza na drugiego, co tylko jeszcze bardziej kotłowało jego myśli.
- Przyrzekam -odrzekł bezwiednie jakby bez emocji.
Wtedy ojciec objął syna przez ramię i ominęli tego, co rzekomo zakończył ich rozmowę. Na odchodne rzucił do strażników, że mają go odprowadzić do Pałacu i upilnować, żeby nie zrobił żadnej głupoty do jutra rana, kiedy to odbędzie się wyjazd młodego Nesternath'a.
~
Jazda konna przez wiele godzin stanowczo jest męcząca, nieważne jak wykwalifikowanym i umiejętnym jeźdźcem jesteś. Czuć się jak przemielony i wypluty -tak właśnie można opisać Khaan'a. Siedział jednak na grzbiecie wierzchowca, którego mu podarowano w terminie tejże "misji". Pierwszy raz od wielu tygodni mógł zasiąść na wierzchowcu, co bardzo mu się podobało. Uwielbiał jazdę konną, tym bardziej długą, chociaż ta przeprawa mąciła mu już w głowie. Cel jednak został już zlokalizowany na horyzoncie. Dokładnie trzydzieści minut dalszej drogi pozostało im, aby się tam w końcu znaleźć. Wtedy, młody panicz poprosił przez szybkę w karocy o podejście Daemona. Nie zastanawiając się długo, popędził rumaka, by móc znaleźć się na wysokości okienka.
- Mam nadzieje, że rozumiesz powagę sytuacji -mruknął niezbyt zadowolony z oglądania niewolnika -Nie chciałbym, abyś coś zepsuł, tym bardziej reputację naszego domu.
Slaugh zmierzył wzrokiem swojego tymczasowego Pana, na co ten się delikatnie wzdrygnął.
- Wiem -odpowiedział szorstko -Nie ma się panicz czego obawiać, znam swoje zasady -dodał, oddalając od rozmówcy wzrok w stronę pięknej, zapewne niedawno wzniesionej, willi.
- Dobrze... -oddał niepewnie -Możesz wrócić do szeregu -spokojny szept rozpełzł się po okolicy, a teatralnie zasłonięte okienko dodało tylko dramatyzmu.
Khaan prychnął na to cicho i spowalniając wierzchowca, ponownie znalazł się za karocą. Czuł, że będzie to długie i nudne posiedzenie, a jako że na tych terenach niewolnictwo jest bardzo powszechne, zapewne nie będzie mu zbyt kolorowo.
~
Schodząc z wierzchowca, zaczekał na jednego ze strażników, który odczepił od jego nadgarstków łańcuchy. Była to forma zabezpieczenia przed jego ucieczką lub co gorsza -buntem. Jazda jednak przebiegła pomyślnie dla wszystkich. Poprawił pancerz na lewej ręce i podszedł do drzwi karocy, czekając na jej otwarcie. Kiedy już to nastąpiło, szybko padł na kolano, zwieszając głowę. Był to wymóg, aby pokazać, z jakiej dokładniej klasy pochodzi. Słyszał ciche szepty wokół, ale nie przeszkadzało mu to. Był wręcz przyzwyczajony do czegoś takiego.
Młody Nesternath wysiadł i spojrzawszy na Slaugha, wydał polecenie eskorty. Zaczął iść przed siebie, nie czekając nawet na reakcję niższego od siebie. Miał w nosie to, co robił -miał się tylko sprawdzić jako ochroniarz. Khaan pośpiesznie wstał i utrzymując odpowiedni dystans, podążał za Igorem. Ukradkiem zaczął obserwować okolicę. Wiedział bowiem, po co tu jest. Ostatnimi czasy ktoś z tutejszych okolic, z terenów objętych przez Archduke'a, ktoś już kilka razy próbował zaatakować rodzinę. Raz mniej, a raz bardziej udolnie. Dlatego też został wytypowany jako jeden z głównych psów gończych. Obecna sytuacja bowiem nadawała się najlepiej na zrealizowanie ataku na przyszłą głowę Archduke'a.
Przechodząc między ludźmi zebranymi na posesji, w małym parku przed willą, Khaan uważnie obserwował każdy ruch, spojrzenie i mowę ciała czy języka. Musiał mieć wytężone zmysły, by nie zesłać zagłady, a przynajmniej problemów, jego "rodzinie". Wtedy jego wzrok napotkał kogoś bardzo interesującego. Nie zachowywał się wielce szlachecko, chociaż jego ubiór stanowczo mówił o tym, skąd pochodził. Zignorował to jednak, patrząc na to, że miał wokół siebie dość pokaźny wianuszek rozmówców.
- Witaj Otto! Wszystkiego najlepszego, bracie! -wykrzyknął Igor, zwracając tym samym na siebie uwagę.
- Oh Igor! -odwzajemnij blondyn -Kiedy myśmy się ostatni raz widzieli? Chyba na posiedzeniu koła łowieckiego?
- Dokładnie tak -przytaknął z uśmiechem -Powiedz mi ino, czy będzie dziś lub w najbliższych dniach jakiś pokaz z tego tytułu?
Drugi mężczyzna zarechotał głośno i poklepując starszego po ramieniu, skinął szczęśliwie głową.
- Mam w zanadrzu kilka niespodzianek -jego słowa zostały przerwane przez kogoś. We trójkę spojrzeli w tamtym kierunku, po czym młodzieniec dodał -No właśnie, to jedna z atrakcji. Dostaliśmy powiadomienie o dobrym zysku na południowy wschód od Xarva, a ten tam -wskazał palcem na rozbawionego już od dłuższego czasu "pseudoszlachcica" -Jest jednym z przodujących, by zasilić nasze zasoby.
- Wygląda na to, że wyszło na twoje w kłótni z ojcem? -zaśmiał się Igor, co odwzajemnił jego nieco młodszy przyjaciel.
- Daj mi spokój, nawet nie wiesz, ile trwało do przekonania staruszka, że to będzie "coś" -przeczesał włosy, a następnie stanął wzrokiem na ochroniarzu Igora -A ten tu? Wydaje mi się, że go skądś kojarzę.
- On? Kojarzy ci się? -parsknął starszy i przekładając rękę przez ramię młodszego, rozpoczął marsz przed siebie -To zwykły niewolnik. Może go kojarzysz, jak wtedy miał wymierzaną karę z biczy podczas mroźnego dnia w środku zimy.
- Oh, no tak -pacnął się w czoło i odwrócił z powrotem do niewolnika -W takim razie, co on tutaj robi? Nie powinien być razem z pozostałymi, na tyłach, by nam nie przeszkadzał?
- Oj wierz mi lub nie, ale mi się też to nie podoba -westchnął, zatrzymując się na chwilę i odwracając połowicznie do Khaan'a -Został mu nadany immunitet bycia moim ochroniarzem na czas odwiedzin. Dlatego też jest tak fikuśnie ubrany -wskazał palcem na lekką zbroję -Nie bój żaby, jest dobrze wychowany -zaśmiał się i ponowił kroku.
Khaan'owi chodziło już tylko o jedno -chciał się jakoś posilić, dlatego też wszelkie komentarze po nim spływały. Rozglądał się za najmniej uczęszczanym stołem z przekąskami, chociaż doskonale wiedział, że nie może sobie na nie obecnie pozwolić. Wpierw jego Właściciel musi zostać wprowadzony do tutejszej społeczności, a wtedy, w drodze ewentualności, zostanie oddelegowany do swojej tutejszej siedziby. Był jednak jeden mały szkopuł -musi czekać na rozkaz, który mówiłby o spoczęciu. A doskonale wiedział, że młody Nesternath żywi go niezbyt przychylnymi uczuciami. Przygotował się więc na długi, bezcelowy postój i uganianie się za młodym dorosłym pośród innych ludzi. Coś jednak nadal przykuwało jego uwagę. Coś, a właściwie ktoś. Nieważne gdzie przeszli we trójkę, jego było widać lub słychać, a przynajmniej ktoś o nim mówił, komentował. Khaan zaczął odczuwać, że coś się z tego zrodzi, chociaż jeszcze nie był pewien, co dokładnie.
<Frédéric?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz