Po krótkim czasie wiatr się uspokoił. Nie był już agresywny, jedynie chłodny. Mężćzyzna uniósł lekko głowę, obserwując port, który powoli odsłaniał swoje kształty. Ostre nabrzeża, wysokie latarnie, sylwetki statków różnej maści - od ciężkich jednostek handlowych po smukłe okręty należące do tych, którzy nie zadawali pytań o pochodzenie ładunku. Normalność, a jednak coś w tym wszystkim nie pasowało. Zbyt wiele światła jak na tę porę. Zbyt wiele ruchu. Zbyt wiele ludzi, którzy nie wyglądali na zwykłych robotników portowych. Nawet z tej odległości dało się wyczuć napięcie, które nie miało nic wspólnego z codzienną pracą. Frédéric uśmiechnął się pod nosem.
- Czyli jednak warto było tu przypłynąć.
Nie odwrócił się, lecz wiedział, że ktoś stoi za nim.
- Kapitanie - odezwał się głos niski i zachrypnięty od lat spędzonych na morzu - mamy wolne miejsce przy północnym nabrzeżu.
- Oczywiście, że mamy - odpowiedział spokojnie Frédéric.
- To nie jest zwykły postój - odpowiedział marynarz po krótkiej ciszy.
- Nigdy nie jest - rzucił lekko, w końcu odwracając głowę. - I dlatego tu jesteśmy.
Jego spojrzenie było spokojne, ale zbyt uważne, by można było uznać je za beztroskie.
- Ilu z nas schodzi na ląd? - padło pytanie.
Frédéric przez chwilę milczał, jakby naprawdę się nad tym zastanawiał.
- Tylko ja - ta odpowiedź wystarczyła, by wywołać lekkie poruszenie.
- Sam?
- Czy wyglądam na kogoś, kto potrzebuje obstawy na przyjęciu? Poimijając... Co byście tam robili? Próbowali kraść srebrne łyżeczki? - odparł i nie czekał na odpowiedź.
Zamiast tego powolnym krokiem ruszył wzdłuż pokładu. Załoga obserwowała go ukradkiem, nie dlatego, że się bali, ale wiedzieli co oznaczał taki nastrój kapitana. Ktoś może mieć bardzo złą noc.
Frédéric zatrzymał się przy wejściu pod pokład i przez moment patrzył w ciemność prowadzącą do jego kajuty. Szlachta - to słowo znów pojawiło się w jego głowie, tym razem wyraźniejsze. Nie było w nim już gniewu i nostalgii jak za dawnych lat, a jedynie zrozumienie. Westchnął cicho i zszedł na dół.
Kajuta była dokładnie taka, jaką ją zostawił rano. Uporządkowana, przynajmniej w większości, bowiem odstępstwem było biurko pełne porozrzucanych papierów, książek i innych, na pierwszy rzut oka nic nie znaczących drobnostek. Reszta pomieszczenia, mimo, że zachowana w ładzie, była wypełniona mnóstwem rzeczy, od rupieci, które wynikały z „pirackiego zbieractwa”, po elementy, które wcale do pirackiego stylu życia nie pasowały. Bez wahania otworzył skrzynię z ubraniami i szybko się przebrał w coś, co było odrobinę mniej dotknięte przez morze. Wziął do dłoni niewielkie lusterko, przejrzał się w nim, niedbale przeczesując włosy palcami i odłożywszy je na miejsce, dowiązał na swojej szyi, niegdyś białą, dziś lekko poszarzałą, kokardę z cienkiego materiału.
Po chwili mężczyzna podszedł do biurka i otworzył stojącą na nim starą, drewnianą szkatułkę. Zatrzymał się na chwilę, i spojrzał do jej środka. Jakby z zawahaniem, sięgnął po masywny, złoty pierścień. Obrócił go między palcami. Metal był chłodny i znajomy. Będąc dzieckiem, wziął go ze sobą z domu podczas ucieczki. Nigdy nie wiedział jaka historia wiąże się z tym pierścieniem ani do kogo dokładnie należał. Teraz też jedynie się domyśla, że może mieć dużą wartość historyczną lub majątkową. Frédéric wsunął biżuterię na palec. Osiadła ona tak naturalnie, jakby była zrobiona specjalnie na jego dłoń.
Gdy wrócił na pokład, posłał załodze krótkie spojrzenie.
- Jeśli nie wrócę przez trzy dni - rzucił lekko, poprawiając mankiet - spalcie port i odpłyńcie. Z czasem gdzieś mnie znajdziecie.
Mężczyzna nie czekał na odpowiedź ani trap. Przeskoczył nad burtą, lądując miękko na drewnianej keji. Rozejrzał się wokół, a w jego oczach błysnęło specyficzne rozbawienie.
Ląd był dla Frédérica czymś w rodzaju powolnej trucizny. Każda godzina spędzona poza zasięgiem morskiej bryzy sprawiała, że czuł się coraz cięższy, jakby grawitacja próbowała wbić go w ziemię, której tak bardzo nienawidził, a powietrze pachniało inaczej. Było cięższe i bardziej kłamliwe. Ruszył przed siebie bez wahania, prosto w kierunku miejsca, gdzie zbierała się śmietanka tego świata. Przyjęcie już trwało. On zamierzał stać się jego częścią, ale nie jako gość, a jako problem.
Drewniane deski kei uginały się cicho pod ciężarem jego kroków. Zapach portu - znajoma mieszanka zgniłych glonów, tranu, taniego trunku i wilgotnej smoły, powoli ustępował miejsca opornej, miejskiej duchocie. Miasto wokół portu żyło własnym, gorączkowym rytmem, choć ta konkretna noc nosiła w sobie coś niepokojąco odświętnego. Frédéric szedł niespiesznie, z rękoma wciśniętymi w kieszenie, omijając kałuże i tragarzy uginających się pod ciężarem skrzyń. Znał ten typ nabrzeży. Znał opowieści, które snuto w tutejszych zamglonych tawernach i znał cenę, jaką płaciło się za nieuwagę na ciasnych, brukowanych uliczkach pnących się w górę, ku bogatszym dzielnicom.
Z każdym krokiem nasilał sięzapach pieczonego mięsa i drogich perfun, które wiatr znosił ze wzgórza. Górne miasto wyglądało jak zupełnie inny świat, przyklejony sztucznie do brudnego portu. Tu budynki z surowego kamienia ustępowały miejsca misternie wykończonym fasadom, a wąskie zaułki rozszerzały się w szerokie, oświetlone pochodniami aleje. Szlachta lubiła stwarzać pozory bezpiecznego raju, odgradzając się od reszty świata wysokimi murami i wojskiem. Gdy dotarł w pobliże posiadłości Archduke’a, okazały park przed gmachem przypominał już mrowisko. Setki płonących pochodni i szklanych latarni rozświetlały mrok, tworząc wokół multum ciepłych, złotawych barw. Wszędzie wokół słychać było śmiechy, brzęk kieliszków i cichą muzykę, której źródło w tym momencie było trudno zlokalizować. Frédéric zatrzymał się przy krawędzi ogrodzenia, opierając się o zimny, żelazny słupek i taktycznie zrównał swój krok z dwoma szlachcicami, którzy właśnie przekraczali bramę. Wślizgnięcie się na teren imprezy nie wymagało mistrzowskiego podstępu, a jedynie pewności siebie. W świecie ludzi bogatych i pysznych mało kto kwestionuje obecność kogoś, kto idzie z podniesioną głową, wygląda na lekko znużonego, a jednocześnie wystarczająco przyzwoicie. Strażnicy przy bramie zmierzyli go jedynie pobieżnym wzrokiem, biorąc go pewnie za jakiegoś zamorskiego kupca albo spóźnionego krewnego któregoś z młodych baronów. Pirat wszedł do parku z lekkim, uśmiechem na twarzy. Z miejsca poczuł to, od czego całe życie uciekał, fałsz, uszyty z jedwabiu i aksamitu.
– Cudowna muzyka, prawda? – odezwał się jakiś starszy mężczyzna z obfitym wąsem, przechodząc obok niego z pucharem wina.
– Niezwykle bezduszna – mruknął pod nosem Frédéric, nie zwalniając kroku i pozostawiając rozmówcę w lekkim osłupieniu.
Młody kapitan ruszył w głąb ogrodu. Przechadzał się między stolikami uginającymi się od pieczonych ptaków, egzotycznych owoców i karafek pełnych wykwintnych alkoholi. Początkowo zamiast rzucić się na jedzenie, jedynie obserwował. Przeglądał zgromadzony tłum, szukając kogoś, kogo mógłby kojarzyć z widzenia lub połączyć ze słyszanymi wcześniej opowieściami. Szlacheckie towarzystwo bawiło się w najlepsze. Frédéric minął grupkę mocno podchmielonych młokosów, którzy z przejęciem opowiadali o zamorskich przyprawach i zyskach z niedawnych transakcji, po czym stanął nieco w cieniu wielkiego dębu, nieopodal jednego z głównych ciągów komunikacyjnych parku.
Frédéric zmrużył oczy, biorąc łyk wina, które ukradkiem zgarnął z tacy przechodzącego służacego i po chwili postanowił przeżucić swoją uwagę na obficie obłożone jedzeniem stoły. Podszedł do najbliższego z nich. Był pełen pieczonych prosiąt, dzikiego ptactwa, mis z owocami i karafek z najcięższymi trunkami. Niewiele myśląc, sięgnął po wykwintnie przypieczoną przepiórkę. Zanim jednak zdążył wbić w nią zęby, zza jego pleców wyłonił się postawny, zasobny w brzuch i mocno czerwony na twarzy szlachcic. Mężczyzna niemal zwalił się na kapitana, ciężko łapiąc go za ramię. Pirat na moment zachwiał się pod wpływem nispodziewanego ciężaru starszego szlachcica.
– Lordzie Julien! Prawda, że to ty?! – wrzasnął z zachwytem starszy z mężczyzn, roztaczając wokół potężny i oszałamiający aromat wypitego wcześniej alkoholu – Przysięgam na wszystkie świętości, ten sygnet! Twój ojciec nosił podobny na zjeździe trzy lata temu! Jak ten czas leci! Wiedziałem, że nie przegapisz takiej ważnej uroczystości. Ty i Otto dobrze się znacie?
Frédéric zamarł na ułamek sekundy z kawałkiem mięsa w ustach. Może i sygnet został wzięty z jego rodzinnej posiadłości, ale nie miał pojęcia kim, u diabła, był lord Julien. Miał dwa wyjścia, sprostować sytuację albo pociągnąć tę bzdurę i zobaczyć, dokąd go zaprowadzi. Złośliwa natura kapitana wygrała bez trudu.
– Oczywiście, staruszku. Julien we własnej osobie – odparł z bezczelnym, gładkim uśmiechem, przesuwając kielich z winem do drugiej dłoni i klepiąc szlachcica po brzuchu. – Ojciec przesyła najszczersze ukłony... i kazał przekazać, że wciąż jesteś mu winien pięćset sztuk złota za te pechowe konie.
Pijany mężczyzna parsknął głośnym śmiechem, biorąc to za genialny, rodowy żart, po czym bez zastanowienia pociągnął Frédérica w stronę najbardziej zatłoczonej części ogrodu. Bez ceremonii zaczął go pchać prosto w orszak otaczający solenizanta. Frédéric, próbując jednocześnie zachować resztki fasonu, dokończyć w biegu przepiórkę i zręcznie oswobodzić się z niedźwiedziego uścisku pijaka, cofnął się gwałtownie o krok, kompletnie nie patrząc za siebie. Jego pięta zawadziła o wystający krawędź płyty nierówno wkopanej w ziemię. Stracił równowagę, wykonał paniczny, wysoce niestylu zachowujący unik by nie wpaść na osobę po jego prawej i z całym impetem wpadł prosto na coś, a raczej na kogoś, kto stał tuż za nim.
Kieliszek pełen czerwonego wina, który Frédéric wciąż trzymał w dłoni, zatoczył w powietrzu łuk, a jego zawartość chlusnęła prosto na śnieżnobiałą, jedwabną szatę młodego Igora. Sam Frédéric odbił się od twardej jak skała klatki piersiowej stojącego za nim ochroniarza i zdołał ustać na nogach tylko dzięki temu, że odruchowo złapał się jego ramienia. Zapadła grobowa, dławiąca cisza. Muzyka w tle nagle wydała się zbyt głośna, a rozmowy w promieniu kilku metrów po prostu zamarły.
Frédéric powoli puścił ramię, uniósł głowę i poprawił mankiety, próbując przykryć tę spektakularną wpadkę najbardziej szarmanckim, lecz całkowicie nieadekwatnym uśmiechem, jaki miał w zapasie. Jego spojrzenie zderzyło się bezpośrednio z chłodnymi, wypranymi z emocji oczami silnego Slaugha, który stał nad nim niewzruszony, z ramionami niczym pnie drzew, podczas gdy młody panicz Igor wstrzymał oddech z oburzenia, powoli opuszczając wzrok na gigantyczną, krwistoczerwoną plamę powstałą na jego piersi.
– Ups – rzucił lekko Frédéric, obracając w palcach pustą kostkę po przepiórce i taktycznie robiąc pół kroku w bok, by schować się za szerokimi barkami mężczyzny, z którym się zderzył, jakby chciał użyć go jako żywej tarczy przed gniewem młodego szlachcica.
– Ktoś tu chyba zapomniał wyrównać teren... Przykra sprawa z tą szatą, ale czerwony zawsze był w modzie - pirat rzucił, bez większego zastanowienia.
<Khaan?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz